Tromsø – rodzinny urlop u wrót Arktyki

Moja miłość do Norwegii rozwijała się stopniowo, ale jak wybuchła, to już nie ma odwrotu. Można spokojnie powiedzieć, że mam na punkcie tego kraju obsesję, wcale nie małą,  i staram się bywać tam co roku w roku, najlepiej po kilka razy. Na pewno do mojego obecnego stanu bardzo przyczyniła się wizyta w Tromsø, które jak dla mnie całkowicie zmienia wyobrażenia o tym, co w Europie uznajemy za malownicze. Tamtejsze widoki bardzo wysoko ustawiają poprzeczkę (dosłownie) i możecie być pewni, że po powrocie z Tromsø będziecie nieuchronnie porównywać każdy kolejny wyjazd do tego wybitnego norweskiego standardu.

My odwiedziliśmy Tromsø w lipcu 2025, zaraz po wizycie w Trondheim. Jak na wizytę na tak dalekiej Północy, to pora dość nietypowa – w końcu tamte rejony słyną z bajkowych zimowych krajobrazów i zjawiska zorzy polarnej, którą najlepiej podziwiać od listopada do lutego. Ale my chcieliśmy zobaczyć Arktykę w zielonym i słonecznym wydaniu oraz doświadczyć innego fascynującego zjawiska, czyli dnia polarnego, kiedy to słońce nie zachodzi za horyzont. I udało się znakomicie – ale po kolei.

Tromsø, 17 lipca 2025 godz. 00:07

Dlaczego Tromsø lepsze niż Alpy?

Gdy ktoś mnie (po raz kolejny) pyta: „ Dlaczego tak zachwycasz się Norwegią? Czy gór nie ma też w Polsce i innych europejskich krajach?”,  odpowiadam: „ Tu chodzi o całokształt ” 🙂 . Tromsø, miasto leżące na wyspie Tromsøya około 350 km na północ od koła podbiegunowego i nazywane Bramą do Arktyki, absolutnie nokautuje klasyczne punkty widokowe, do jakich przywykliśmy w Europie. Można śmiało stwierdzić, że oferuje unikalną w skali naszego kontynentu kombinację dwóch potężnych elementów: surowego Morza Arktycznego i monumentalnych górskich szczytów (w tym wypadku chodzi o tzw. Alpy Lyngeńskie). Podczas gdy w tych „zwykłych” Alpach czy Pirenejach widoki kończą się na kolejnych pasmach górskich, w Tromsø naprawdę czujesz, że patrzysz na krawędź Europy.  Trudno mi nawet ująć w słowa, jak porusza mnie widok strzelistych, stromych gór wyrastających prosto z lodowatych fiordów. Za każdym razem jest to po prostu jeden wielki zachwyt.

Tromsø – dynamiczne miasto na końcu świata

Co Wam przychodzi od razu na myśl, jak słyszycie „miasto w Arktyce”?  Pojedyncze domki, dwie ulice na krzyż, senna atmosfera  i garstka ludzi w otoczeniu ośnieżonych szczytów? No to w Tromsø przeżyjecie zaskoczenie – a może nawet i rozczarowanie?  Bo choć geograficznie miasto to znajduje się naprawdę daleko na Północy, to wcale nie sprawia wrażenia odciętego od świata.

Jest tu pełna miejska infrastruktura: nowoczesne osiedla, biura, hotele, restauracje, muzea i port, a także imponujący most Tromsøbrua łączący wyspę Tromsøya z lądem, kawiarnie, sklepy najpopularniejszych marek i najdalej wysunięty na Północ McDonald’s. To ostatnie miejsce było zresztą pierwszą z miejskich atrakcji, jakie odwiedziliśmy w Tromsø. Nieczęsto przecież ma się okazję zjeść ulubione frytki w Arktyce – miejsce jest poza tym bardzo viralowe, a wiadomo jak to jest z nastolatkami 😉 . Co do oferty, to nie różni się ona zbytnio od tej, którą znamy ze wszystkich innych McDonald’s, no może poza cynamonkami (które są dostępne w tych restauracjach w całej Norwegii) oraz… pamiątkowymi pocztówkami, które po powrocie do domu można z dumą powiesić na lodówce.

Dla mnie najbardziej fascynujące w Tromsø jest jednak połączenie miejskiej zabudowy z surową arktyczną przyrodą – i to, że okien mieszkania, z portu czy po prostu po wyjściu ze sklepu widzisz „lodowe góry” i rozległe, przejrzyste wody fiordów. A w powietrzu czujesz charakterystyczną, górsko-arktyczną świeżość. Coś wspaniałego!

Fjellheisen – Tromsø z lotu ptaka

Jednym z najpiękniejszych etapów naszej wyprawy do Tromsø była wycieczka na punkt widokowy Fjellheisen (421 m n.p.m.) na górze Storsteinen. Myślę, że to doskonała opcja na rozpoczęcie pobytu w tym mieście, bo od razu dostajecie przedsmak tego, co tu Was czeka. Z punktu roztacza się bowiem spektakularny, można powiedzieć, że wręcz panoramiczny widok 360 stopni na miasto oraz majestatyczne góry i błękitne wody fiordów. Tu naprawdę widzisz, że jesteś na krańcu świata, a na pewno Europy 🙂 .

Na górze jest też przyjemna kawiarnia z pięknymi widokami oraz liczne trasy trekkingowe, a nawet rowerowe, więc w pogodny dzień można tam spędzić kilka dobrych godzin.

Na punkt widokowy Fjellheisen można się dostać na dwa sposoby. Pierwszy to kolejka linowa o tej samej nazwie, która dociera do celu w ciągu kilku minut i kosztuje niemało, bo dla dorosłego 415 NOK w jedną, a 645 NOK w obie strony (dla dzieci to odpowiednio 195 i 310 NOK). Jest też opcja biletów rodzinnych, a więcej info znajdziecie TUTAJ.

Ale można też zaoszczędzić pieniądze i sprawdzić swoją kondycję fizyczną, wchodząc na Fjellheisen po słynnej Sherpatrappa. To wyjątkowa trasa zbudowana z kamiennych stopni przez nepalskich Szerpów, którzy mają ogromne doświadczenie w tworzeniu górskich ścieżek i schodów. Rząd w Norwegii regularnie zatrudnia Szerpów do takich projektów (w całym kraju jest już ich kilkaset) , a ta współpraca, oprócz oczywistych walorów rzemieślniczych, ma też wyjątkowy aspekt humanitarny. Za kilka miesięcy takiej pracy w Norwegii, Szerpowie potrafią zarobić równowartość od 10 do nawet 30 lat średnich zarobków w Nepalu, a pieniądze te, przesyłane do ich rodzinnych stron, pozwalają na sfinansowanie m.in. tamtejszej infrastruktury.

U nas połowa ekipy zdecydowała się wejść na górę po schodach Szerpów i zajęło im to około pół godziny. W drogę powrotną po schodach wybraliśmy się już wszyscy razem i zgodnie stwierdzamy, że jest to chyba nawet większe wyzwanie niż droga pod górę. Sherpatrappa w Tromsø ma ponad 1200 stopni i prowadzi przez malowniczy górski teren z cudownymi widokami, ale jest dość wymagająca. Liczba stopni i strome fragmenty mogą dać się we znaki kolanom, dlatego warto założyć wygodne buty z dobrą przyczepnością i nie spieszyć się podczas zejścia. I z dziećmi poleca się to robić tylko latem – zimą wejście na górę Storsteinen i zejście z niej to wyzwanie tylko dla profesjonalistów.

Telegrafbukta – arktyczna plaża w środku miasta

Kolejne miejsce na mapie Tromsø warte odwiedzenia to Telegrafbukta – piękna zatoka i teren rekreacyjny położony na południowym krańcu wyspy Tromsøya, około 3 km od ścisłego centrum. Jeśli macie ochotę na spacer z widokami, ale nie chcecie opuszczać granic miasta, to jest to rozwiązanie idealne. Dotarliśmy tam po raz pierwszy już podczas drugiego dnia naszego pobytu w Tromsø, z samego rana, kiedy wszędzie było cicho i spokojnie, nad fiordem unosiły się jeszcze poranne mgły, a ośnieżone szczyty gór na pobliskiej wyspie Kvaløya dopiero wyłaniały się zza chmur. Takich chwil się po prostu nie zapomina.

Telegrafbukta ma piaszczystą plażę, zielone tereny, skaliste fragmenty wybrzeża, klimatyczne pomosty i przepiękne, bardzo „arktyczne” krajobrazy. Latem jest popularnym miejscem wypoczynku zarówno wśród mieszkańców, jak i turystów, można tu wpaść na piknik, ognisko, trekking, kąpiel we fiordzie albo organizowany corocznie, od ponad 20 lat, rockowy festiwal Bukta Open Air Festival. Zimą to natomiast  idealne miejsce na podziwianie zorzy polarnej, ze względu na swoje położenie, otwartą przestrzeń i niewielką ilość sztucznego światła w porównaniu z centrum miasta. Wybierzcie się tam koniecznie!

Prestvannet – spacer z widokami

Następna miejscówka w Tromsø doskonała na na spokojny, regeneracyjny spacer to jezioro Prestvannet – a konkretnie prowadząca wokół niego ścieżka. Ścieżka tworzy pętlę o długości około 2 km, a jej przejście zajmuje zazwyczaj niecałą godzinkę. Po drodze znajdziemy ławki, stoliki piknikowe z miejscem na grilla i pomosty, z których obserwować można liczne tutejsze ptactwo. 

Jezioro Prestvannet otoczone jest malowniczym lasem i zagajnikami, nad którymi na horyzoncie górują okoliczne wzniesienia i górzysty krajobraz wyspy Tromsøya. Można tu spacerować z wózkiem, pieskiem, uprawiać jogging, nordic-walking albo po prostu relaksować się i zachwycać. Polecamy!

Katedra jak góra lodowa

Po zachwytach nad arktyczną przyrodą przyszedł czas na trochę miejskich atrakcji. Jednym z najbardziej charakterystycznych symboli Tromsø jest bez wątpienia Katedra Arktyczna (Ishavskatedralen). To budowla, której trudno nie zauważyć podczas zwiedzania miasta. Znajduje się ona w dzielnicy Tromsdalen, po drugiej stronie cieśniny Tromsøysundet.

Najlepiej przespacerować się do niej z centrum miasta prosto przez imponujący most Tromsøbrua, specjalnie wydzieloną i odpowiednio zabezpieczoną ścieżką dla pieszych (po drugiej stronie jezdni jest też ścieżka rowerowa). Most ma długość nieco ponad 1 km i w najwyższym punkcie wysokość równą 80 m, więc przeprawa pieszo przez niego może dostarczyć całkiem silnych emocji – zwłaszcza, gdy mocno wieje. Ale czego nie robi się dla widoków po drodze!

Sama Katedra Arktyczna już z daleka przyciąga uwagę swoim charakterystycznym kształtem. Jej biała, trójkątna bryła nawiązuje do arktycznej przyrody, gór oraz lodowców, i trzeba przyznać, że fantastycznie prezentuje się na ich tle. Warto zajrzeć również do środka, żeby zobaczyć jasne i utrzymane w minimalistycznym stylu wnętrze – bo trzeba wiedzieć, że jest to kościół luterański, a te jak wiadomo odrzucają przepych i wszelkie złocenia. Największą dekoracją jest tu tak naprawdę monumentalna mozaika ze szkła, znajdująca się na wschodniej ścianie świątyni. Ostrzegam tylko zawczasu, że jeśli nie zamierzacie spędzać w katedrze czasu na modlitwie, to wizyta tam zajmie Wam maksymalnie 10-15 minut. A jest to atrakcja płatna – wstęp kosztuje 90 NOK (dzieci poniżej 12 lat wchodzą bezpłatnie).

Katedrę Arktyczną można podziwiać z portowego nabrzeża albo wspomnianego wcześniej mostu Tromsøbrua, ale najlepiej z Gateway to the Arctic, czyli jednego z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych punktów fotograficznych w Tromsø . Ta artystyczna, kamienno-mozaikowa brama stworzona przez lokalną artystkę Marit Bockelie, wykorzystywana jest przez amatorów fotografii (i instagramowych miejscówek ) jako rama widokowa – pozwala fantastycznie wykadrować Katedrę Arktyczną na tle surowych górskich szczytów. Wrzućcie w internetową wyszukiwarkę hasło „gateway to the arctic”, żeby przekonać się, jak ikoniczne fotki można w tym miejscu stworzyć.

Polaria czyli spotkanie z arktyczną przyrodą

Kolejny budynek w Tromsø o bardzo ciekawej architekturze to Polaria, czyli arktyczne centrum edukacyjne i akwarium. Jego charakterystyczna bryła przypomina ogromne bryły lodu przesuwane przez fale i wyrzucane na brzeg, przez co idealnie nawiązuje do surowego klimatu północy i świetnie wpisuje się w charakter tego miasta.

Od lat elementem obowiązkowym każdej naszej wyprawy z dziećmi są wszelkiego rodzaju centra edukacyjne, więc Polarii naturalnie nie mogliśmy przegapić. Tym bardziej, że pozwala ona zajrzeć do niezwykłego świata Arktyki, poznać jej mieszkańców i dowiedzieć się więcej o przyrodzie jednego z najbardziej fascynujących regionów naszej planety. W środku czeka na odwiedzających kilka różnych przestrzeni wystawienniczych i kilkanaście interaktywnych stanowisk, dzięki którym można poznać arktyczne ekosystemy, dowiedzieć się, jak funkcjonują zwierzęta w ekstremalnych warunkach oraz zobaczyć, jak zmiany klimatyczne wpływają na środowisko naturalne dalekiej Północy. W Polarii znajduje się również kino panoramiczne, w którym można obejrzeć filmy poświęcone przyrodzie i zjawiskom regionów polarnych (my wybraliśmy akurat seans o zorzy polarnej).

Ale oczywiście największą atrakcją były foki, pływające tutaj w specjalnie przygotowanych basenach, które z perspektywy zwiedzających wyglądają jak gigantyczne akwaria. Do Polarii polecamy wybrać się w godzinach karmienia fok, ponieważ podczas takich spotkań opiekunowie opowiadają o zwierzętach, ich zwyczajach, sposobie odżywiania i przystosowaniu do życia w arktycznych wodach. Takie lekcje biologii na żywo są najbardziej fascynujące!

Godziny karmienia fok i ceny biletów sprawdzicie TUTAJ.

Muzeum Trolli – norweskie legendy jak żywe

Przyroda arktyczna jest z pewnością fascynująca, ale nie wiem, czy dzieci (zwłaszcza te starsze) bardziej nie docenią jednak  historii o trollach. A gdzie można dowiedzieć się o nich więcej niż w Norwegii, kraju, w którym te tajemnicze stworzenia od wieków zajmują ważne miejsce w lokalnym folklorze? Według norweskich legend trolle najchętniej zamieszkują tamtejsze odludzia – i faktycznie, gdy zaczniesz dokładniej przyglądać się górom i formacjom skalnym wyglądającym jak te olbrzymy, to już potem nie będziesz umieć ich od-zobaczyć 😉 . 

Ponieważ krótko przed wizytą w Tromsø zrobiliśmy sobie rodzinny seans „Trolla” na Netflixie, wizyta w Muzeum Trolli przy ulicy Kaigata 3 okazała się jedną z głównych atrakcji tego wyjazdu. I byliśmy zachwyceni! 

Od razu trzeba wspomnieć, że Muzeum Trolli w Tromsø to nie jest to ogromna placówka, ale właśnie kameralność jest jej największym atutem. Jest tu cicho i spokojnie, ale absolutnie nie nudno – wszystko jest super zorganizowane, kierunek zwiedzania świetnie rozplanowany i przy każdym stanowisku można spędzić tyle czasu, ile się tylko chce. A jest tu co oglądać, bo ekspozycja łączy tradycyjne opowieści z nowoczesną technologią rozszerzonej rzeczywistości (AR). Dzięki niej niektóre eksponaty ożywają, poruszają się i wydają dźwięki. Można poznać norweskie baśnie, mitologię nordycką oraz całą masę ciekawostek i historii związanych z trollami. Najlepsze jest to, że zarówno przewodnik po muzeum, opisy stanowisk, jak i książki w muzealnej biblioteczce są też dostępne w języku polskim. 

Muszę przyznać, że jak na swoją „przerażającą” tematykę, jest to przeurocze i bardzo sympatyczne miejsce – tutaj strona muzeum w języku polskim. 

Sommarøy – Karaiby za kołem podbiegunowym

Wszystkie dotychczas wymienione w tym artykule miejsca oczywiście bardzo polecam, ale gdybym miała wybrać tylko jedno doświadczenie z naszej wyprawy, które uważam za absolutnie niepowtarzalne, to bez wątpienia byłaby to wycieczka na wyspę Sommarøy.

Sommarøy  to wyspa położona około 60 km na zachód od Tromsø, do której można dotrzeć samochodem w około godzinę.  Trasa prowadzi przez wyspę Kvaløya i sama w sobie jest już niezwykle malownicza. Podczas przejazdu można podziwiać norweskie krajobrazy w najlepszym wydaniu: wysokie góry, wodospady, zatoki, moje ukochane kolorowe domki i drogi wijące się wzdłuż wybrzeża. Co chwilę będą pojawiać się widoki, przy których zabraknie Wam z zachwytu słów, a będziecie mogli nacieszyć się nimi do woli, bo limit prędkości na tej trasie to 80 km/h. Czy wspominałam już, że kocham Norwegię też za jej surowe przepisy drogowe? Nigdzie dotychczas nie podróżowało mi się samochodem tak spokojnie i bezstresowo, w dużej mierze dlatego, że tu wszyscy do tych rygorystycznych przepisów koncertowo się stosują. Zresztą jak można się nie stosować, skoro w każdej chwili na drogę może wyjść nam stadko reniferów. Co za cudowny to jest widok!

Z wyspy Kvaløya na Sommarøy dostaniecie się bezpośrednio spektakularnym mostem Sommarøybrua – i od tego momentu wkroczycie do zupełnie innego świata, zwanego często „Arktycznymi Karaibami.”

Wyobraźcie sobie zachwycająco białe plaże, turkusową, przejrzystą wodę, niewielkie wysepki i monumentalne góry wyrastające prosto z morza. A teraz dodajcie do tego fakt, że znajdujecie się daleko za kołem podbiegunowym. Brzmi nierealnie, prawda? Ale jest Sommarøy jest jak najbardziej prawdziwe – choć wygląda jak pocztówka. No popatrzcie zresztą sami.

Szczególnie warto odwiedzić dwie plaże: Reina i Krinta . Obie zachwycają jasnym piaskiem, pięknym położeniem i widokami tak fantastycznymi, że aż nierealnymi. My trafiliśmy akurat na przepiękną pogodę, słoneczne bezchmurne niebo i prawie 20 stopni ciepła, co na tamte rejony i tamte warunki brami jak naprawdę gorące lato. Bo nie zapominajmy, ze jesteśmy na naprawdę dalekiej Północy, a wyspa Sommarøy leży bezpośrednio na Oceanie Arktycznym (tj. obmywają ją wody Morza Norweskiego, które graniczy z otwartym Oceanem Arktycznym na północy, ale kto by tam wdawał się w takie szczegóły). Wszelkie wątpliwości do do faktycznej lokalizacji tych rajskich plaż rozwinie prosty test empiryczny, polegający na … zanurzeniu stopy w tej krystalicznej czystej wodzie. Podczas naszej wizyty miała ona zaledwie 13 stopni, więc bardzo szybko przypomniała nam, że do południowych rejonów naszego globu stąd jest jednak bardzo daleko. Ale kto by tam za nimi tęsknił, widząc taki cud natury!

Jeśli jednak zbyt zmarzniecie na tych arktycznych Karaibach, to polecam Wam cofnąć się przez most Sommarøybrua na wyspę Kvaløya, a konkretnie na plażę  Sandviksletta. To idealne miejsce na rodzinne plażowanie – namioty plażowe, stoły piknikowe, miejsca na grilla, dmuchane materace i dmuchane flamingi. I tak, wszystko to przy temperaturze wody nie przekraczającej 15 stopni – od razu widać, że Norwegowie to prawdziwi potomkowie Wikingów 😉 .

Zachwyt nad Sommarøy nie minął mi do dziś i bardzo chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić – szczerze myślę, że to idealne miejsce na relaksujący, wręcz pustelniczy urlop, jeśli chcecie odciąć się od stresu, gonitwy i szaleństwa współczesnego świata. A na pewno jeśli chcecie zapomnieć o pędzącym nieubłaganie czasie – TUTAJ dowiecie się konkretnie dlaczego.

Miejsce, do którego chce się wracać

Absolutnie zakochałam się Tromsø i jego atmosferze, a konkretnie w ich letniej, wakacyjnej wersji. To prawdziwa kwintesencja Norwegii: spektakularne krajobrazy, potęga natury, przestrzeń i poczucie kojącego spokoju. Fakt, że podczas naszego pobytu trwał dzień polarny i słońce w ogóle nie zachodziło, dodawał całej naszej wyprawie jeszcze więcej poczucia wolności i braku pośpiechu. Bardzo chciałabym wrócić tutaj zimą, kiedy krajobraz zmienia się nie do poznania: góry pokrywa śnieg, fiordy nabierają (jeszcze bardziej) arktycznego charakteru, a nad głowami można wypatrywać jednego z najpiękniejszych spektakli natury, czyli zorzy polarnej. A że marzenia najlepiej spełnia się samemu, to nie ma na co czekać i trzeba brać się do roboty 🙂 .

About

No Comments

Leave a Comment